• 15 LUT 16

    Moja droga do wyleczenia się z cukrzycy typu 1, na którą chorowałam 24 lata, była usłana kolcami a nie różami…

    Nazywam się Małgorzata Rudnik. Na cukrzycę typu 1 chorowałam 24 lata. W 2010 roku przeszłam pierwszą w Polsce operację przeszczepu trzustki. Na co dzień pracuję zawodowo. W wolnym czasie lubię jeździć na rowerze, czytać książki, spotykać się ze znajomymi. Moją największą pasją jest Zumba. Przy niej zapominam o całym świecie. Lubię kiedy w moim życiu dużo się dzieje. Interesuję się transplantologią, diabetologią, nowymi technologiami i odkryciami medycznymi. Działam w kierunku propagowania idei przeszczepiania trzustki u chorych na cukrzycę typu 1 zanim pojawią się groźne powikłania cukrzycowe.

    Gdy zachorowałam na cukrzycę, wizyty kontrolne u lekarzy były dla mnie stresujące. Bałam się czy nie usłyszę, że powikłania cukrzycowe postępują, i że są to już nieodwracalne zmiany. Odkąd pamiętam, zawsze miałam chwiejną cukrzycę. Pomimo moich codziennych starań poziomy cukru we krwi wahały się w granicach 40 – 400 mg%. Wiadomo, że takie skoki mogą powodować powikłania. Wtedy nie mogłam zrozumieć, dlaczego mam taką cukrzycę. Zwykle lekarze patrzyli na mnie jak na osobę, która nie radzi sobie ze swoją chorobą, a to nie tak było.
    Po skończeniu studiów zaczęłam intensywniej i na własną rękę poszukiwać metod wyleczenia się z cukrzycy. Dotychczas cały czas leczyłam się insuliną, ale ja chciałam być zdrowa i niezależna od insuliny. W 2002 r. przez przypadek natknęłam się na reklamę jednego z kolorowych magazynów o zdrowiu i tam na okładce przeczytałam o chirurgicznym leczeniu cukrzycy. Oczywiście szybko kupiłam ten numer. W artykule pt. „Wyspy nadziei” przeczytałam o mających niebawem ruszyć w Polsce przeszczepach wysp trzustkowych, które pozwolą pozbyć się cukrzycy typu 1. Odszukałam chirurga, który zajmował się tym programem przeszczepów wysp trzustkowych i wtedy też trafiłam do Instytutu Transplantologii na Lindleya w Warszawie.

    Tak rozpoczęła się moja droga do przeszczepu.
    Ze względu na fakt, że przez kolejne lata program ten nie ruszył w Polsce, w 2006 r. wystąpiłam z wnioskiem do Ministerstwa Zdrowia o zgodę na takie leczenie poza granicami kraju (w UE). Napisałam wiele pism i przeprowadziłam wiele rozmów. Barierą nie do przeskoczenia okazały się względy proceduralne, np. który konsultant krajowy ma wypełnić wniosek: diabetolog czy transplantolog. Ostatecznie nie dostałam zgody na przeszczep.

    Po tym wszystkim nadzieja na życie bez cukrzycy zgasła.
    Nieustannie szukałam doniesień w mediach, prasie, Internecie o nowych możliwościach leczenia. Nie było ich zbyt dużo a jeśli już to tak naprawdę nic konkretnego. Wszystko wówczas było w fazie eksperymentalnej w laboratoriach, co oznaczało, że do fazy testów na człowieku był jeszcze długi czas. A życie z cukrzycą nie jest łatwe pomimo wielu udogodnień.
    W styczniu 2009 r. na wizycie kontrolnej w Instytucje Transplantologii u mojego lekarza prowadzącego, otrzymałam do rozważenia propozycję przeszczepu całej trzustki. To metoda na pozbycie się cukrzycy i zahamowanie rozwoju powikłań. Nigdy wcześniej taki przeszczep nie był robiony w Polsce. Miałam zaufanie do mojego lekarza, dlatego zadałam mu tylko jedno pytanie: czy w moim przypadku lepiej jest nadal chorować na cukrzycę czy poddać się przeszczepowi trzustki? Usłyszałam, że w moim konkretnym przypadku warto rozważyć tę metodę leczenia. Ponownie zapaliło się światełko nadziei. Decyzję podjęłam dość szybko.

    Zanim jednak rozpoczął się proces mojej kwalifikacji minęło 9 długich miesięcy. Myślę, że to był czas dla wszystkich osób zaangażowanych w mój przeszczep na gruntowne przemyślenie i utwierdzenie się w decyzji o zastosowaniu u mnie właśnie tej metody leczenia. W końcu miał to być pionierski przeszczep tego typu w Polsce.

    Moja kwalifikacja rozpoczęła się w październiku 2009 r. i zakończyła pomyślnie dla mnie 14.09.2010 r. Kwalifikacja to niezliczona liczba szczegółowych badań, konsultacji specjalistycznych, pobytów w szpitalu, a w moim przypadku również 2 zabiegi operacyjne.
    Był to też etap bombardowania lekarzy kwalifikujących moimi dziwnymi pytaniami rozwiewania moich wątpliwości.

    W tym trudnym dla mnie okresie tylko raz miałam chwilę zwątpienia nad słusznością podjętej decyzji. Było to po rozmowie telefonicznej z osobą, która była po przeszczepie nerki i trzustki.
    Teraz wiem, że każdy człowiek inaczej odbiera to, co go w życiu spotyka. Jedni cieszą się z małych rzeczy, a inni nie potrafią z dużych. Z resztą każdy ma inne oczekiwania od życia.

    Mój przeszczep to efekt dobrej współpracy z lekarzami i zaufanie, które jest podstawą sukcesu.
    Patrząc teraz z perspektywy czasu na to wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich lat, sama sobie się dziwię skąd miałam tyle siły i wytrwałości. Decyzja była bardzo trudna i wiązało się z ryzykiem nieprzeżycia zabiegu. Nikt nigdy nie powiedział mi, że na pewno dobrze postępuję. W pewnym sensie byłam egoistką, która najbliższych postawiła pod ścianą, oni musieli zaakceptować każdą moją decyzję. Gdyby byli przeciwni, w tamtym czasie dla mnie znaczyłoby to, że się ode mnie odwracają. A przecież wspierając mnie, oni również odczuwali ogromny lęk o moje zdrowie i życie.

    Przygotowując mnie do przeszczepu, lekarze różnych specjalności bardziej przestrzegali mnie przed powikłaniami, niż przedstawiali pozytywne aspekty. Teraz wiem, że tak jest lepiej dla pacjenta. Po przeszczepie jest ciężko, ale jest też siła do walki o szybki powrót do zdrowia.

    Pamiętam jak tydzień po przeszczepie w rozmowie telefonicznej z moją koleżanką chciałam się pożalić. Najbliższym nie chciałam sprawiać dodatkowego bólu. Lekarze nigdy nie mówili, że będzie łatwo. Chciałam jej więc powiedzieć jak jest mi ciężko i źle. Na co usłyszałam, że przecież sama tego chciałam, że spełniło się moje marzenie. Trzeba było samej dźwigać to, co się wzięło na swoje barki. Nawet nie mogłam sobie głośno ponarzekać.

    Nikt z Nas nie jest w stanie sobie wyobrazić jak wiele może znieść. Niedawno przeczytałam lub usłyszałam stwierdzenie, że ból jest ceną za wszystko to, co w życiu najważniejsze.
    Może przez to bardziej doceniamy to, co „nabyliśmy”.
    Odkąd zachorowałam na cukrzycę typu 1 często marzyłam o tym, że jestem zdrowa. Zastanawiałam się, jak to może wyglądać. Dziwne marzenie, teraz już wiem. Takie bardziej „normalne” też oczywiście miałam i nadal mam. Na pewno kiedyś się spełnią. 

    Jakiś czas temu oglądałam serial dokumentalny o osobach czekających na przeszczep organu. Jedna z bohaterek mówiła o swoich obawach oczekując na przeszczep. Bała się, że dawca nie znajdzie się na czas. Ja się tego nie bałam. Miałam więcej czasu bo moja choroba była uciążliwa, ale nie śmiertelna. Decyzja o przeszczepie była świadomym wyborem zamiany jednej metody leczenia na inną. To był wybór, a nie konieczność. Ja bałam się, tego, co mogłoby się stać, jeśli przeszczep nie udałby się i mój organizm odrzuciłby nowy organ. W takim wypadku nie miałam alternatywnego sposobu na rozwiązanie problemu. Oznaczałoby to dla mnie brak możliwości życia bez cukrzycy.
    Cieszę się, że udało się. Dostałam inne, mniej uciążliwe życie. Dostałam bezcenny Dar, za który jestem wdzięczna.
    Z natury jestem pesymistką, ale myśląc o przeszczepie, myślałam pozytywnie. Właśnie dlatego udało się.