• 16 MAR 16

    Bo życie z cukrzycą nie jest tak słodkie…

    Jestem pierwszą w Polsce osobą po izolowanym przeszczepie samej trzustki.

    Dzięki temu przeszczepowi zostałam wyleczona z cukrzycy typu 1, na którą chorowałam 24 lata. To prawie całe moje życie. Do 22 października 2010 r. znałam tylko życie z cukrzycą. Teraz wiem, co to znaczy żyć bez niej. Różnica jest nie do opisania. Mam nadzieję, że tamto życie z okrutną chorobą już nie powróci.

    Straciłam „przyjaciółkę”, ale bardzo cieszę się z tej straty. Strata to zwykle coś bolesnego i negatywnego, lecz w moim przypadku ta strata to cud i zysk. Zyskałam życie bez 5 zastrzyków z insuliną i około 10 nakłuć palca dziennie!!! Trudno policzyć, ile to wychodzi tygodniowo i rocznie.

    Gdybym miała jeszcze raz podjąć tak trudną decyzję, to byłaby ona taka sama, pomimo ogromnego bólu jaki musiałam znieść.

    Dlaczego tak radykalne rozwiązanie?

    Bo życie z cukrzycą nie jest tak słodkie, jak mogłaby wskazywać nazwa choroby.

    Moje życie to trzy różne części. Jak powiedziała kiedyś moja koleżanka, trzecia część jest jak historia science fiction, która zaczęła się 21 października 2010 r. około godziny 21.30, kiedy to zadzwonił mój telefon i usłyszałam w nim miły głos Pani z Poltransplantu z informacją, że może będzie dla mnie trzustka. Czekałam na tę wiadomość od momentu zakwalifikowania do przeszczepu 14 września 2010 r. (5 tygodni). A tak naprawdę czekałam na ten moment aż 24 lata.

    Pani powiedziała, żebym spokojnie (!) czekała na kolejną informację, może za 2-3 godziny, potwierdzającą zgodność moją z dawcą. Szok. Jak to? Przecież ja mam tyle spraw do załatwienia w pracy i poza nią. Co ja narobiłam? Czy ja naprawdę chcę tego przeszczepu? Czy ja przeżyję? Co będzie dalej, jeśli się nie przyjmie? Tysiące pytań bez odpowiedzi…

    Panika. Po chwili powróciło normalne myślenie i na wszelki wypadek trzeba było się spakować. Przez te ostatnie 5 tygodni nie było na to czasu a może i chęci, żeby nie zapeszyć.

    Po spakowaniu postanowiłam położyć się do łóżka, bo kolejnego dnia pewnie, jak każdego innego, trzeba będzie pójść do pracy. Około godz. 24 już prawie zasypiałam z myślą, że dobrze, że nie zadzwoniono drugi raz. Jak to tak nagle zostawić wszystko i zniknąć na jakiś czas lub na wieczność. Wtedy ponownie zadzwonił telefon. Jest trzustka dla mnie i tylko dla mnie (!!!), ale nadal nie ma pewności czy w dobrym stanie.

    W ciągu pół godziny znalazłam się w szpitalu. Tam przeszłam różne badania i całą noc czekałam na ostateczną decyzję o przeszczepie.

    Cała moja historia zaczęła się w grudniu, ponad 30 lat temu. Do 9 roku życia żyłam zapewne jak większość dzieci, beztrosko, pod skrzydłami rodziców. Niestety, nastąpił koniec mojego zdrowego i beztroskiego życia.

    W lipcu 1986 r. okazało się, że mam cukrzycę typu 1 insulinozależną, nieuleczalną! Jedyną metodą leczenia było podawanie do końca życia insuliny w zastrzykach. (wtedy były to jeszcze strzykawki). Co to oznaczało dla 9-letniego dziecka chyba każdy wie. Dla całej rodziny to było jak zły sen. Przecież wszystko miało być dobrze, nowe duże mieszkanie, nowa szkoła…

    Dlaczego ja? Co takiego złego zrobiłam, że spotkała mnie taka okrutna kara! Wiem, że do grzecznych dzieci nie należę, ale żeby aż tak karać! Dlaczego nagle pojawiło się tyle różnych ograniczeń? Nie mogę jeść słodyczy jak mój brat i siostra (jedli w ukryciu, ale ja i tak o tym wiedziałam). O co w tym wszystkim chodzi?

    6 tygodni leżałam w szpitalu, a gdy wyszłam z niego nagle znalazłam się w innym, gorszym świecie. Mój wymarzony pokój, który dzieliłam z siostrą już mnie nie cieszył. Miejsca na ciele po podaniu insuliny bolały. Nie mogłam robić wszystkiego tego, co chciałam, bo mama ciągle musiała mnie mieć w zasięgu wzroku. Podczas zabaw z kolegami i koleżankami co godzinę musiałam meldować się w domu.

    Chciałam powrócić do przeszłości, do starego pokoju i dawnego życia bez tych wszystkich rygorów i bólu. Nie chciałam dorastać.

    Rano 22 października 2010 r. podczas obchodu lekarskiego nareszcie usłyszałam to, na co czekałam tyle godzin: będę miała przeszczep trzustki. Ogarnął mnie strach, ale jednocześnie i pewność, że tego chciałam. Musiałam poczekać jeszcze kilka godzin. Dla mnie był to czas na powiadomienie kilku osób o mojej chwilowej lub wiecznej nieobecności. Wtedy telefon został wyłączony.

    Zamknięty etap życia. Co teraz będzie, tego nie wiedział nikt.

    Na sali operacyjnej było dużo osób a ja tylko jedna, sama. Chciałam jak najszybciej zasnąć i nie myśleć, czy się obudzę.

    Przebudzenie. Noc. Mdłości po narkozie. Różne kabelki i dreny wystające z mojego ciała. Na twarzy maseczka. Wszystko mnie uwierało, niewygodnie było leżeć. Nasuwało się jednak najważniejsze pytanie: czy się udało? Bo że żyje to czułam. Nie miałam siły pytać.

    Rano, z pomocą Pani pielęgniarki przemyłam się. Przy porannym obchodzie dowiedziałam się, że się udało, ale każda minuta, godzina może przynieść coś nowego, nieoczekiwanego.

    Kolejne dni przyniosły „niespodzianki” w postaci np. zapalenia płuc, krwawienia wewnętrznego wymagającego reoperacji.

    Po 5 dniach od przeszczepu miałam pierwszy „normalny” posiłek – obiad: pyszna zupa pomidorowa z ryżem i makaron kokardki z jogurtem naturalnym. Smak tej pomidorówki zapamiętam do końca życia.

    Po tygodniu zostaję przeniesiona z Oddziału Intensywnej Opieki Chirurgicznej na Chirurgię Ogólną, piętro wyżej. Duża jasna sala tylko dla mnie. Światło. Słońce. Nadzieja, że będzie coraz lepiej, że będę miała więcej siły.

    Po 2 tygodniach pobytu w szpitalu wróciłam do domu. Miałam mnóstwo obaw i wątpliwości. Czy dam sobie radę z tym wszystkim? Czy nie stanie się coś złego? Kto mi pomoże? Przecież to jest dla mnie zupełnie nowa sytuacja. Nie znałam już tak dobrze swojego organizmu i jego reakcji jak przedtem z cukrzycą. Co jest normalne, a co nie.

    Nie rozumiałam, dlaczego tak wolno dochodziłam do siebie, dlaczego często nie miałam siły. Zastanawiałam się, czy już zawsze tak miało być? Czy będzie jak kiedyś, tylko bez cukrzycy?

    Z tymi wszystkimi wątpliwościami mijały kolejne tygodnie.

    7 tygodni po przeszczepie wróciłam do pracy i wszystkich innych obowiązków. Raz w miesiącu miałam badania kontrolne w Instytucje Transplantologii. Każda wizyta tam był to dla mnie lęk czy nic złego nie wyjdzie w badaniach i czy nie trzeba będzie położyć się na kilka dni do szpitala?

    Moja nowa trzustka od początku funkcjonowała bardzo dobrze, co potwierdzały specjalistyczne badania. Na początku po przeszczepie każdy dzień zaskakuje tym, że nie trzeba już czegoś robić albo można to robić prościej, inaczej. Cieszy każdy drobiazg.

    Z każdym miesiącem coraz swobodniej czułam się w nowej sytuacji. Miałam coraz mniej obaw o następny dzień.